Cześć. Jestem Katarzyna Fąka.

Możesz mi mówić Kasia, nie lubię sztucznego dystansu.

Jestem certyfikowaną konsultantką psychobiologii zdrowia, sanomentolożką i autorką Bajośnianek.

Stworzyłam Aliję i Alika, którym Twoje dziecko pomaga w Bajośniance.

Zrobiłam to, bo miałam bardzo konkretne marzenie, o którym już z przyjemnością Ci opowiadam.

Jak wygląda rzeczywistość, którą chcę pomóc tworzyć?

Marzy mi się świat pełen harmonii. Świat, w którym rodzice doskonale wiedzą, jak wykorzystać niezwykłe możliwości umysłu do rozwiązywania problemów zdrowotnych i emocjonalnych. Są świadomi, w jaki sposób emocje wpływają na nasze ciała. I rozwiązują trudności swoje oraz swoich dzieci łatwo i przyjemnie.

Właśnie taki świat tworzę Bajośniankami. Tu nie ma trudu. Jest zabawa i lekkość. Tak chcę, by wyglądała nasza nowa rzeczywistość. Najlepiej już za kilka lat od teraz. Pragnę, by kolejne pokolenie weszło w dorosłość bez szkodzących im programów. By nie musiało potem przepracowywać ich w gabinetach lekarskich i terapeutycznych.

Co jest dla mnie ważne?

Jest kilka słów, które są mi bliskie.

Lekkość

Uważam, że życie nie powinno być ciężkie, tylko lekkie. Wiem, że mamy wpływ na więcej rzeczy, niż nam się wydaje, choć czasem tego nie dostrzegamy.

Podświadomość

Jestem zafascynowana ścieżkami, jakimi biegną ludzkie myśli, emocje i odruchy. Właśnie dlatego specjalizuję się w psychobiologii i sanomentologii.

Prostota

Lubię mówić prosto. Bo po co mówić trudno? Jeśli nie potrafimy wyjaśnić czegoś siedmiolatkowi oznacza to, że sami za mało to rozumiemy

Nadzieja

Wiem, że moi klienci przychodzą do mnie czasem, gdy tracą już nadzieję. Jestem ostatnią osobą, która da im fałszywą nadzieję, lecz pierwszą, która obudzi ją, gdy jest na nią miejsce.

Zdrowie

Wierzę, że naszym naturalnym stanem jest zdrowie. Dlatego piszę Bajośnianki, które przywracają dzieciom emocjonalną równowagę. A emocje wpływają na ciało.

Chcesz poznać historię Bajośnianek?

To nie jest pomysł, który wpadł mi do głowy w letnie popołudnie. Dorastałam do niego całe moje życie. Bo czasem wydaje się nam, że wiemy wszystko. I że robimy wszystko tak, jak należy. A potem okazuje się, że jest inaczej.

Wiesz, kim jestem z wykształcenia? Inżynierem. Wywodzę się ze świata czystej logiki i zgodnie z nią żyłam przez niemal 36 lat. W domu rodzinnym nie mieliśmy wszystkiego, czego potrzebowaliśmy. Moim celem życiowym było więc zaspokojenie wszystkich potrzeb moich dzieci.

Długo zdawało mi się, że idzie mi całkiem dobrze. Trzymałam się prostych zasad. Dawałam im dużo miłości, uwagi i zrozumienia. A jednak w pewnym momencie pojawiły się u nich problemy z poczuciem własnej wartości i emocjami. Klasyczna terapia nic nie dawała. Zaczęłam więc szukać rozwiązań na własną rękę. Były to poszukiwania długie, pełne ślepych zaułków. Lecz bez nich nie byłabym tą samą osobą, co teraz.

Gdy już zdawało się, że odnalazłam idealną metodę, problemy były rozwiązywane tylko na chwilę. Później uparcie wracały, czego nie potrafiłam zrozumieć. Brałam udział w ustawieniach rodzinnych. Stałam się specjalistką od technik EFT, kronik Akaszy, metafizycznej anatomii i terapii kamertonami. Każda z tych dziedzin miała swoje zalety, lecz nie była kompletnym rozwiązaniem moich trudności.

Kiedy zauważyłam przełom? Gdy zainteresowałam się psychobiologią. To nauka łącząca psychologię i biologię. Skupiona wokół odnajdywania połączeń między podświadomymi programami a emocjami i ciałem. Ukończyłam nawet studia z tej dziedziny, bo zupełnie zmieniła moje postrzeganie chorób. Więc chciałam dowiedzieć się o niej jak najwięcej. Praca psychobiologiczna, choć skuteczna, bywała jednak żmudna i trudna, co opóźniało zobaczenie upragnionych rezultatów.

A sanomentologia? Nie uwierzyłam jej od startu. Przed pierwszą sesją, w której miała brać udział moja córka, wycofałam się z błahego powodu. Może już wtedy czułam, że jest to coś, co zmieni życie moje, moich dzieci i całej mojej rodziny. Choć pragnęłam tej zmiany, bałam się jej, bo oznaczała wejście w nowy, inny etap życia.

Po sześciu miesiącach sama zapragnęłam spróbować sanomentologii jako klientka. I ku mojemu zaskoczeniu, zasnęłam w trakcie sesji. Nie mam w zwyczaju spać w dzień, a co dopiero przy kimś, z kim właśnie prowadzę rozmowę. Wtedy już wiedziałam, że mam do czynienia z techniką, która dociera do podświadomego umysłu znacznie szybciej i głębiej niż cokolwiek innego.

Później były kolejne sesje dla mnie. Gdy już sprawdziłam tę metodę na sobie, zaczęłam stosować ją przy moich dzieciach. Zobaczyłam, jak nareszcie otwierają się na świat i ludzi. Jak wychodzą z domu chętnie, ciekawe życia. A ja? Kiedyś niewierząca w swoje piękno i możliwości? Zapisałam się do zespołu Guleckie Szprychy i zatańczyłam z nimi na Stadionie Narodowym. Zaczęłam jeździć na skuterku, choć wcześniej budziło to we mnie paniczny lęk. Wzięłam udział w pięknej, kobiecej sesji fotograficznej.

Zostałam sanomentolożką I stopnia. Zrezygnowałam z etatu. Poszłam swoją drogą. Stworzyłam Bajośnianki. Bo chciałam, by jak najwięcej dzieci mogło skorzystać z dobrodziejstw metody, którą miałam ogromne szczęście zgłębić solidnie pod okiem jedynej trenerki sanomentologów w Polsce. Nie zatrzymałam się na tym, co mogło pomóc moim dzieciom. Zwłaszcza, że moja przyjaciółka usłyszała w tym czasie, że jej córka może nie przeżyć kolejnego miesiąca.

Właśnie wtedy powstała Bajośnianka o księżniczce Julii. W Bajośniance połączyłam wiedzę psychobiologiczną z sanomentologiczną techniką świadomego śnienia. Julka odzyskała po niej mowę. Zaczęła znów chodzić i jeść. Choć zgodnie ze statystykami medycyny konwencjonalnej nie było już dla niej żadnej nadziei.

To wtedy zrozumiałam, że mam w ręku potężne narzędzie, którym mogę pomóc dzieciom na całym świecie. Dać im dobry start w życie, zdrową pewność siebie i oszczędzić im mnóstwa zupełnie niepotrzebnego cierpienia.

Co robię prywatnie?

Jak równoważę pracę i czas wolny?

Kocham
naturę

Mój mąż śmieje się, że znalazł mnie w lesie. I pod lasem mieszkamy, za wsią. Bo lubimy.

Przyjaźnię się
z pszczołami

W swoim ogrodzie mam ule. Gdy rodziny pszczół się roją, śpiewam im, by trafiły do nowego domku.

Jestem
społeczniczką

Działam w Stowarzyszeniu Kociołki, które integruje lokalną społeczność.

Tańczę
w zespole

Nazywamy się „Guleckie Szprychy”. Tańczyłyśmy raz nawet na Stadionie Narodowym w Warszawie.

Mam dwójkę
dorosłych dzieci

To dla nich i dla siebie szukałam metod uzdrawiania ciała i emocji.

Napisz do mnie, jeśli chcesz porozmawiać o współpracy.

Chętnie biorę udział w wykładach, prelekcjach, szkoleniach i podcastach.

W miarę możliwości czasowych odwiedzam również hospicja, szpitale i przedszkola.

Jeśli Twoja misja jest zbieżna z moją, daj mi znać, jak możemy pomóc razem dzieciom i dorosłym, by ich życie było lżejsze.